Rozśmieszyć Boga.

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość.
Woody Allen

Na ten rok zaplanowałam bardzo konkretny cel. Jasny, mierzalny, określony i ambitny. Czego chcieć więcej? Niczego. Tylko wytrwale go realizować. No właśnie…

Pierwszy raz zdefiniowałam mój cel w październiku i określiłam termin jego wykonania na 12 miesięcy.
Ile wtedy wydawało mi się, że mam czasu. Zaczęłam w listopadzie. Pełna energii, zapału, motywacji i przekonania, że zadania same będą mi wyskakiwać spod palców. I może tak było. Na początku. Ale mając świadomość nieograniczonego czasu, nie ograniczałam też spraw dodatkowych. Realizacja celu jakby zwolniła. Ale cóż to jest tydzień straty, albo dwa. Może nawet trzy to nie powód do zmartwienia. Ale już miesiąc? Dwa? Pojawił się stres. Czy mnie to zmotywowało? Jakimś niezrozumiałym cudem wręcz przeciwnie. Bo przecież najlepszy czas na podejmowanie zobowiązań to początek roku i pierwszy stycznia!

Uspokoiłam się. I znowu miałam rok. I znowu czekało na mnie 12 miesięcy. Jaka ulga!
Brawo! Świetnie to wszystko zorganizowałam. Naprawdę byłam z siebie zadowolona.

W styczniu trochę się rozproszyłam, a w lutym… no cóż, w lutym rozproszyłam się jeszcze bardziej. Ale zbliżał się marzec. Od nowa pełna zapału już widziałam siebie jak pracuję jak mróweczka, a na koniec miesiąca wszyscy mówią „wow”. Uwielbiam początki miesiąca, tygodnia, początki dnia. Tyle czasu, możliwości, chęci, nadziei.

W niedzielę 3 marca od rana zaczął mnie pobolewać ząb. Nic wielkiego, naprawdę. W sumie to od grudnia coś się z tym zębem działo, ale zawsze przechodziło. Tym razem nie przeszło. To była pierwsza nieprzespana z bólu noc. Tabletki przeciwbólowe maks starczały na zaledwie dwie godziny. Rano było ciut lepiej. I w południe też. I wcale nie dlatego nie umówiłam się do dentystki. Moja dentystka akurat w ten poniedziałek rozchorowała się.
Wieczorem przyszedł kryzys, potem kolejny i kolejny, i kolejna noc minęła wypełniona szarpanym snem i pulsującym bólem. Do rana pięknie spuchłam, a zakres otwierania mojej szczęki zmniejszył się drastycznie.

Ile jeszcze nieprzespanych nocy mnie czekało? Trzy.
Ile wizyt u dentystki? Cztery. Od wtorku każdego dnia.
W piątek choć nadal nie mogłam otworzyć buzi, a opuchlizna utrzymywała się (i dlaczego nie poprosiłam męża o zrobienie zdjęcia, gdy powiedział, że wyglądam, jakbym schowała w policzku piłkę do koszykówki?!) leki zaczęły działać. W poniedziałek wyszłam od dentystki uwolniona od zęba. Niekoniecznie od razu od bólu i zmęczenia.
Jedynym pocieszeniem z tego czasu był fakt, że schudłam ponad trzy kilo.

I tak z całego miesiąca został mi jeden tydzień. Nic nie poszło zgodnie z planem, ale dodatkowo zmotywowana zabrałam się intensywnie do pracy. Nic mnie nie odrywało, ani brudne okna, ani zakupy, ani kontakty z rodziną i przyjaciółmi. W nagrodę w ostatni dzień marca zaplanowałam wyjazd. Jeszcze w przeddzień wyjazdu coś robiłam, jeszcze wieczorem kończyłam sprawdzać pliki, jeszcze porządkowałam katalog i wyrzucałam podwójne dokumenty, jeszcze…

…katalog z cała moją dotychczasową pracą zniknął.

W pierwszej chwili nie uwierzyłam w to, co się stało. Nie mogło stać się coś takiego! Katalogi same z siebie nie znikają! Może przeniosłam go gdzieś indziej? Może się zawieruszył w innym katalogu? A może zarchiwizowałam go gdzieś na dysku?!

Straciłam wszystko. Wszystko nad czym pracowałam od początku listopada. Kilkanaście plików, niektóre z zawartością po ponad dwadzieścia stron. Straciłam! Moją pracę, wysiłek, pomysły.
Czy tworzyłam kopię bezpieczeństwa? Nie.
Czy udało się odzyskać dokumenty z dysku? Dzięki natychmiastowej interwencji mojego męża, jego umiejętnościom i pomocy przyjaciółki, odzyskałam kilka plików. Większość przepadła.

Wierzę, że tam gdzieś na górze ktoś nieźle się uśmiał! Jakby było z czego.

Ale tak naprawdę ta historia miała dla mnie inne znaczenie.
Teraz robię kopię bezpieczeństwa codziennie i raz na tydzień, w dwóch różnych miejscach.
W tym tygodniu byłam u dentystki, jak tylko ukruszyła mi się plomba.
A w kwietniu pracowałam więcej i zrobiłam więcej niż przez poprzednie pięć miesięcy.

Czy jestem przerażona? Oczywiście. Cztery miesiące z dwunastu minęły.
Czy wierzę, że zrealizuję mój plan? Odpowiem w grudniu 🙂

3 thoughts on “Rozśmieszyć Boga.

      1. Cudowna Dablju <3 <3 <3, chętnie oddam moją rękę w Twoją i dam się zaprowadzić. Bardzo bym chciała przeżyć to wszystko z Tobą jeszcze raz. Tak samo i inaczej <3 <3 <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *