Tygrysi literat albo słów kilka o karmieniu celu.

Olbrzymi tygrys przeciągnął się na chłodnej o poranku ziemi. Dlaczego ona nie przyszła wczoraj go nakarmić? Żołądek ścisnął się boleśnie. Od kiedy znalazł sobie nowe miejsce posiłki były regularne i codzienne. Taka była część umowy jaką zawarli. On tu zostaje, cieszy oko, pomrukuje i daje natchnienie, a w zamian karmiony jest regularnie. Nie zawsze dużo, nie musi się przejadać, słów kilka zaledwie, dno miski zapełnione, sporo wody; czasami pełne miski opowiadań, anegdotek, wyrazów.

A dzisiaj nic. Pustka. W pierwszej chwili ogarnęły go mordercze instynkty. Jak tylko ona wstanie rzuci się jej do gardła, krew spije, mięśnie rozszarpie, cenny posiłek z głowy wyszarpie, nasyci się jej esencją, nakarmi myślami!

Problem polegał jednak na tym, że on całkowicie i w każdej cząstce był łagodnym tygrysem i takie zachowania były mu obce. Dlatego wybrał właśnie ją. Pełną emocji, smaków i zapachów, obietnic poczęstunków i przekąsek, eksplodującą pomysłami. Tak, to byłoby całkowicie idealne miejsce.

Ale zapomniała go nakarmić. Zamruczał niezadowolony i jeszcze raz się przeciągnął. Pierwsze promienie słońca polizały jego futro zapowiadając gorący dzień. Może chociaż troszkę wody? Miska była rozczarowująco pusta. Obejrzał ją dokładnie. Zielone ścianki, metalowe dno starte od jego języka, wspomnienie specjałów. Nigdzie nic się nie kryło.

Tym bardziej poczuł rozgoryczenie. Dzisiaj nic. A ona tam spała spokojnie, posapywała i w oddechu roztaczała przed nim wizję smakowych doznań. Nie, nie mógł tego ścierpieć. Poczeka tylko, aż ona wstanie. Już on jej powie, pokaże. Dreszcze zaczęły wypełniać jego ciało. Czy od chłodu poranka? Czy od głodu?

Budzik. Jest uratowany.

On umiera z głodu, a ona się nie spieszy. Rytuał porannego picia herbaty został spełniony, teraz czas na niego, jej ukochanego tygrysa. Co to? Kąpiel. Jest w stanie to przeżyć. Kremowanie?! Włosy?! Ile to może trwać?

Ziewnął głośno. Wiedział, że jest w jej myślach, tylko jakby na dalekiej pozycji, ledwie widoczny, przezroczysty, rozmazany. No tak być nie może. Jednym skokiem przeniósł się do kuchni. Otarł się o jej nogi, zamruczał. Pokręciła głową. „Nie teraz.” Nie, nie, to niemożliwe! Puszystym ogonem owinął jej nogi, pogiglał ją, uderzył. Musiało zaboleć. Ogon ma w sobie moc!

Nic. Czyżby z głodu ogon zaczął znikać? Przestał znaczyć? Przestał bawić? Delikatnie wielką łapę położył na jej kolanie. No ona już ważyła prawie tyle samo, co jej myśli o poranku. Nie o nim. Strząsnęła łapę bez obdarzenia go choćby spojrzeniem. Zawarczał groźnie, a wtedy ona, to niewyobrażalne, wyrzuciła go z kuchni. Gdzie tam z kuchni, z domu. Na podwórko, na piasek i trawę, daleko od niej. Pomiędzy nimi stanęły mury, ściany.

Co teraz? Może się opamięta, może go przywoła, usiądzie z nim i będzie podawać delikatne kąski wprost do pyska, pogłaszcze, przytuli.

Wstała. To teraz? Nie! Ubiera się. W jej dłoni coś zadzwoniło. Kluczyki? Gdzie jedzie? Co? Nie będzie jej cały dzień? Rzuci się jej pod koła. Niech sama go zgładzi, a nie skazuje na okrutną śmierć z głodu. „Może wieczorem.” Odjechała omijając jego leżące ciało.

A niby tak go kochała, jego futro, oczy, uszy, mruczenie. Zostawiła go. Co teraz? Zaburczał zawiedziony. On czy jego brzuch? To tylko jeden dzień.

Wróci. Nakarmi. Nie zapomni. A co jeśli nie wróci? Już widział siebie, swoje zmierzchwione i wytarte futro, zaniedbane, niewyczesane. Swoje niedożywione ciało, cienką skórę, kości przebijające boleśnie, to co zostało z niego, kiedyś potężnego tygrysa. Widział się umierającego na palącym słońcu, bez wody, bez nadziei.

Mógłby odejść to prawda, ale ledwie wyczuwalnie nadal czuł jej zapach. Byli sobie przeznaczeni, ona jemu, a on jej. Nie potrafił jej opuścić, nawet gdy w bezmyślny sposób go krzywdziła.

Co więc mu pozostaje? Czekać na nią, na jej słowa, zdania, treści. I nie podbiegać już zawsze tak szybko, na każde zawołanie, trochę się wahać, trochę się droczyć, trochę obrażać. Niech sama zobaczy jak to jest, kiedy siada do czystej kartki papieru, a jego obok nie ma. Choćby go wołała, błagała. I musi się nauczyć gotować. Teraz już nie pójdzie na wodę, marne resztki dnia. Chce jej potu, ciężkiej pracy, będzie mu służyć. Zatęskni. Będzie błagać, a on będzie ją nawiedzać kiedy to on zechce, nie ona.

Zrobiło mu się przykro. Przecież taki nie był. Był dobry i łagodny, jak ona. Leniwy. Jak ona! Doprawdy dobrali się aż za dobrze.

Pomyślał o niej z czułością. Jak tylko ona wróci on rzuci się do jej stóp gotowy na przytulanie i pisanie. Że nie dostał posiłku, nie szkodzi. Miał przeczucie, że tak zdarzy się jeszcze nie raz, ale kto powiedział, że tygrysy muszą jeść codziennie. Ona się stara, wie to, czuje to, obmyśla przepisy na słowa, dania, zdania. Wystarczy na nią poczekać. W gotowości. W miłości.

4 thoughts on “Tygrysi literat albo słów kilka o karmieniu celu.

  1. Hmm, ciekawe połączenie. Ja, bo wokół mnie ma się kręcić. Ja, bo teraz moje potrzeby są ważne, a nie Twoje/Jego/Ich. Z drugiej strony zrozumienie, miłość? Da się to połączyć? Brawo za zabawę słowem i pomysł na refkeksję:)

    1. Ostatnio usłyszałam, że ludzie osiągający swoje cele są różni i różne są ich recepty na sukces, ale łączy ich umiejętność skupienia się na tym, co najważniejsze. Zaczynam myśleć, że może to nie moje lenistwo głodzi tygrysa, ale chęć zrobienia zbyt wielu rzeczy, rozproszenie, nieumiejętność rezygnacji. Nie odnalazłam jeszcze mojej recepty na tę bolączkę 🙂 Powodzenia dla Ciebie i Lubisławy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *