Gdyby nic nie istniało po śmierci – byłby to największy dowcip szatana.

– Przyszliśmy tutaj dzisiaj, żeby pomodlić się za duszę świętej pamięci Mamy Marcysi.

Gdyby nic nie istniało po śmierci – byłby to największy dowcip szatana.
Jan Stępień
https://pl.wikiquote.org/wiki/Śmierć

2018.11.22 czwartek
Wstaję z bólem głowy. I karku. Potylica mi pęka, skromnie cisną, oczy zapuchnięte z trudem trzymają się otwarte. Ledwie mogę głową ruszać. Na wardze rośnie obrzydliwa febra, na twarzy wyskakują krostki. Jakby to nie była moja twarz.

Msza za Mamę zbyt trudna, żeby ją udźwignąć. Ogrom wyczerpania i zmęczenia.

2018.11.23 piątek
Czarny piątek – nic nie kupuję. Zastanawiam się, czy coś jest mi rzeczywiście potrzebne. Nie jest.

– Jak to jest, że w naszej kulturze ludzie po śmierci bliskich rozpaczają, płaczą, a są społeczeństwa, w których śmierć oznacza taniec i zabawę? – pyta znajoma.
Szukam w internecie informacji o społeczeństwach, w których śmierć wiąże się z radością. Nie znajduję.

2018.11.24 sobota
Środa okazała się wymagającym koszmarem. Do ostatniej chwili mam nadzieję, że zobaczę Mamę. Wiem, że to nie możliwe. Jak powiedział ksiądz, spotkamy się po śmierci i nie mówimy “żegnaj”, ale “do widzenia”.

Na Mszę jadę spokojna. Wydaje mi się, że nie muszę już płakać. Że jestem pogodzona, silna.

Na parkingu spotykam Wujka, brata Mamy. Ściskamy się. Myślę, jak drobny i kruchy się zrobił. Zawsze wydawał mi się wyższy. A jeśli jego też już nie zobaczę… 

Przed kościołem – kuzynka.
– Cześć siostrzyczko.
Wpadamy sobie w ramiona. Długo nie potrafię się oderwać.
– Chodź, msza się zaczyna – mówi.
Nie zauważyłam, nie usłyszałam. Ogłuszona w swoich emocjach. Szok, inni są w rzeczywistości. Idziemy.

W drugiej ławce przed ołtarzem stoi Tata, po prawej mój Brat, po lewej Siostra. Wciąż wierzę, że Mamy nie ma z nimi, bo źle się poczuła, bo wczoraj zapiła i nie była w stanie wstać rano. Wiem, że to nie prawda, nie przestaję wierzyć. Kino familijne. Bez szczęśliwego happy endu.

– Przyszliśmy tutaj dzisiaj, żeby pomodlić się za duszę świętej pamięci Mamy Marcysi.

I już wiem, że nie powstrzymam łez. Prawda, ta nie do zniesienia. Koniec. Nie zobaczymy się, nie pogodzimy się. Nie przytulę się do Mamy, nie zobaczę jej twarzy, nie poczuję zapachu jej perfum. Myślałam, że mamy czas. Płaczę całą Mszę. Gorące łzy płyną. Trzymam Ukochanego za rękę, Przyjaciółkę za dłoń. Są po obu moich stronach. Nie upadam. W duszy upadam.

Nadchodzi znak pokoju. Ściskam ich dłonie. Wiem, że gdyby Tata podszedł to byłoby to na pokaz, ale całe moje ciało na to liczy, każda komórka mózgu odtwarza tę scenę. W kółko i kółko. Tata nie podchodzi, nawet nie szuka mnie wzrokiem. Z bólem i uśmiechem na twarzy kłania się sąsiadom, rodzinie, ściska dłonie. Przestałam istnieć.

W drodze do domu szlocham. Nie potrafię krzyczeć, nie potrafię wyć. Szlocham. Ból zalewa mnie. Taki ból czuję po raz pierwszy. Nie znajduję dla niego słów. Nie ma mnie, nie jestem istotą, człowiekiem, zniknęłam. Siostra po lewej, Brat po prawej. Nie ma dla mnie miejsca. Cała przeradzam się w skowyt.

Wieczorem mam tak obolałe oczy i poraniony nos, że muszę w sposób świadomy powstrzymać się od płaczu. Ból fizyczny wygrywa. Nie chcę już nic. Rozdzierający ból.

2018.11.25 niedziela
Wizyta u dalszej rodziny. Bawię się z dziećmi, odrabiamy lekcje, rozmawiamy. W pewnym momencie młodsza dziewczynka proponuje:
– Ulepimy z plasteliny Babcię Marcysię?
Powinnam się oburzyć? Od razu pomysł ten mi się podoba. Tak bardzo tęsknię za twarzą Mamy. Lepimy okrągłe głowy, brązowe włosy, ciemniejsze oczy. Ja decyduję się na letnią sukienkę, dziewczynka wybiera strój zimowy. A że zbliżają się święta, na koniec uczę się jak ulepić prezent.

Po zamknięciu drzwi, na klatce schodowej wraca zmęczenie. Przeolbrzymie, przytłaczające zmęczenie. I paraliżujący ból głowy.

2018.11.26 poniedziałek
Chciałabym przywołać wszystkie najlepsze wspomnienia o Mamie. Przychodzą bardzo powoli. Wspólna nauka historii, kiedy nie dawałam sobie rady; iskanie wszy na mojej głowie, gdy wyrzucono mnie z obozu zuchowego; obrona przed śmiechem i drwiną rodzeństwa.

2018.11.28 środa
Krótkie chrup. Coś twardego. Kawałek mojego zęba. Ostra krawędź drażniąca język potwierdza. Nic dziwnego po ponad dwóch tygodniach zaciskania szczęk, zagryzania i zgrzytania zębami. Dentystka, znowu.
Który to już ząb tak załatwiony? A ile zębów ma człowiek?

2018.12.01 sobota
Nadal mam kłopot z oswojeniem się ze śmiercią Mamy. Czuję się dobrze, ale gdy zaglądam w głąb siebie, jest coś we mnie, co zasłania mi oczy i daje złudną nadzieję, że jeśli pojadę do Rodziców, okaże się, że tam nic się nie zmieniło i Mama będzie. Pijana czy nie, ale będzie. Nie chcę do siebie dopuścić myśli, że jej nigdy nie zobaczę. Wolę jeszcze na razie żyć w tej ułudzie, przerywanej gorącym bólem. Na cmentarzu jeszcze nie byliśmy. Potrzebuję więcej czasu.

2018.12.02 niedziela
Robiąc porządki odkrywam poduszeczkę, którą dawno temu dostałam od Mamy. Z dwoma kotkami i napisem „Od MAMUSI dla Córusi”.Są na niej żółte plamy, jakby była wyciągnięta prosto z lumpeksu. Pamiętam, że kiedy Mama mi ją dała, prawie ją wrzuciłam. Teraz okazało się, że ma cudowne moce. Jest mięciutka, można w nią wtulić twarz i poczuć ciepło Mamy. Tylko wcześniej do prania. Dedykację uwieczniam na zdjęciu, obawiam się, że napisane pisakiem słowa spiorą się razem z zabrudzeniami.

Dobrze jest znaleźć taką pamiątkę. Ułatwia pogodzenie się. Do szafy na jej miejsce wciskam starą koszulkę, prezent.

Zbiegać za jednym klejnotem pustynie,
Iść w toń za perłą o cudu urodzie,
Ażeby po nas zostały jedynie
Ślady na piasku i kręgi na wodzie.
Leopold Staff

2 thoughts on “Gdyby nic nie istniało po śmierci – byłby to największy dowcip szatana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *