Rano za oknem spadł śnieg. Duże płatki zmieniły świat na biało, zrobiło się czysto i spokojnie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest kwiecień i właśnie zaczynają się święta wielkanocne. Śnieg szybko stopniał w dodatniej temperaturze, a zaraz po nim przyszedł grad. Był duży i zabawny. I całkiem głośno uderzał o szyby i metalowe parapety „tuk, tuk, tuk”. Lubię grad, zwłaszcza, gdy mogę go bezpiecznie obserwować zza okna. To trochę tak jak z moimi rodzicami, bardzo ich kocham, ale lepiej nie być w ich pobliżu.
Nasza kuchnia wygląda odświętnie. Posprzątana, z zawieszonymi kolorowymi pisankami i z wielkim bukietem wiosenno-świątecznym. Są w nim kwitnące bazie, bukszpan, czerwone gałązki i tulipany. Pamiętam wypowiedź jednej z bohaterek pewnego filmu: to taka przyjemność prowadzić własny dom. Dla mnie może nie taka wielka, ale zawsze coś. Panuję tylko nad częścią mieszkania: kuchnią, toaletą i łazienką, resztę oddałam we władanie moim Panom i wolę nie zauważać co tam się dzieje, dla własnego dobra i higieny psychicznej. Tylko woda w kwiatkach zaczęła śmierdzieć i czuję, że ten zapach powoli obejmuje całą kuchnię. Zaraz wymienię wodę, jeszcze tylko chwila. Już wczoraj chciałam to zrobić, ale wczoraj pojechaliśmy do rodziców po składniki na sos.
Co roku w ramach niepisanej tradycji, oprócz sosu, pomagałam rodzicom w porządkach (dlaczego ja? przy dwójce rodzeństwa? oto jest pytanie). W tym roku mama nie zadzwoniła wcześniej w tej sprawie, więc ułożyłam sobie inne plany. Dużo mnie kosztowało we wtorek zadzwonienie i powiedzenie, że dom mogę i owszem posprzątać, ale po świętach. I cud. Okazało się, że niepotrzebnie się denerwowałam, bo mama zareagowała wyjątkowo pozytywnie, nawet uznała, że dom jest sprzątany regularnie, więc nie ma potrzeby robienia generalnych porządków. Ucieszyłam się niezmiernie, bo prawdę mówiąc nie lubię sprzątania.
I oto właśnie mama zadzwoniła…
– Córuniu, tak sobie pomyślałam, że chciałaś przyjść sprzątać w poniedziałek, a przecież to już są święta.
– Co Mamo?
– No dzwoniłaś w tej sprawie i chciałaś przyjść w poniedziałek, ale chyba zapomniałaś, że to są święta.
Poczułam jak cała tężeję. Jak napinają mi się mięśnie, zaczyna boleć twarz, nawet dłoń, w której trzymam telefon się napięła.
– Nie tak rozmawiałyśmy Mamo – powiedziałam starając się za wszelką cenę zachować spokój.
– Ależ tak córuniu – kontynuowała torturę mama – sama dzwoniłaś, chciałaś przyjść posprzątać w poniedziałek, a zapomniałaś, że to są święta.
– MAMO, PRZESTAŃ PIĆ!!! – chciałabym krzyknąć, ale zamiast tego opanowałam się – nie tak było mamo. Muszę kończyć, pa.
Nawet nie podniosłam głosu…
Jak się tutaj znalazłam? Obolała, sparaliżowana, smutna. Z tym towarzyszącym mi obrzydliwym zapachem stęchłej wody. Rozbolało mnie już wszystko, przeprostowane plecy, napięte uda i mięśnie. Oczy zaczęły piec jakby ktoś dmuchnął w nie żarem, skóra na głowie ścierpła, włosy zamieniły się w miliony igiełek wbijających się boleśnie w moją już i tak bolącą głowę. TO NIE MA SENSU! Ta woda, czy zdołam ją zmienić? Czy starczy mi na to sił? Czy w ogóle warto?