Na drugim zdjęciu siedzi ładny, duży pies. Ma błyszczącą czarną sierść, bursztynowe oczy i łagodne spojrzenie. Za nim w perspektywie widać las pokryty zieloną ściółką, a jednak ciągle z odrobiną śniegu. Pies patrzy prosto w obiektyw, w pysku trzyma głowę i uszy zająca, sierść zwierzaka jest zmierzwiona. Reszty ciała ofiary brakuje. Podpis pod zdjęciem głosi: „Wielkanoc? Zajączka nie będzie …”.
My w tym roku postanowiliśmy szukać zajączka trzykrotnie, w sobotę, niedzielę i poniedziałek wielkanocny. Sama perspektywa znalezienia aż trzech zajączków bardzo mnie ucieszyła. Mimo mojego wieku wierzę w Mikołaja, Zajączka i Gwiazdora. Oczywiście nie czekam na pukanie do drzwi, mokre ślady butów przy choince i nie zostawiam marchewki na balkonie. Wierzę natomiast w dobrą wolę ludzi, niesamowitą moc, która sprawia, że ludzie nawzajem chcą siebie obdarowywać i mają radość nie tylko z otrzymywania prezentów, ale też z ich szykowania i dawania. I mimo że sama przygotowywałam zajączka, od rana tuż po przebudzeniu nie mogłam się doczekać znalezienia moich ulubionych smakołyków. Mimo zaprzeczenia katolickiej wierze, w końcu uległam świątecznej tradycji. Wstawiłam mazurki do piekarnika, a ich zapach smakowicie rozszedł się po mieszkaniu. Do kajmaka zabrakło mi cierpliwości i ciut mi się przypalił. Mam nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Pełna napięcia jeszcze tylko zrobiłam obiad, ogarnęłam mieszkanie i wieczorem mogłam już spokojnie zagłębić się w ramionach Jacha i poczuć magię świąt. Jak prawdziwa kobieta, niewiarygodnie zmęczona.